INDYWIDUALIZACJA KONTAKTU Z BOGIEM

W myśl duchowych nauk na każdym etapie rozwoju żyje w nas najlepszy i najdoskonalszy przyjaciel naszej osoby, ośrodek czystego sacrum – własna dusza. Mówi szeptem, dyskretnie, bez poganiania, łagodnie i miłośnie… Jest Bożą obecnością w ludzkiej istocie i pragnie nam pomagać w każdej trudności.

To nasza dusza umie i chce prowadzić człowieka prosto ku jego przeznaczeniu.

Problem komunikacji między duszą a rozumem człowieka wcale jednak nie jest prosty, dlatego jej cudowna funkcja doradcza bywa ignorowana, pomijana albo zwyczajnie niesłyszana.

Skąd się bierze ta duchowa głuchota? Dlaczego źródło osobistej mądrości tak łatwo przegrywa z zewnętrznymi doradcami?

Problem braku porozumienia człowieka z duszą wynika z faktu, że jej odpowiedzi mają formę niezwykle zwiewną: przeczuć, obrazów, powracających słów, muzyki czy snów.

Psychologia radzi więc w tym przypadku kierować się względnie łatwym do uchwycenia impulsem wewnętrznym, to znaczy reakcjami uczuciowymi. Jest to o tyle zrozumiałe, że stany emocjonalne dzieją się niezależnie od intelektu i są szczere.

Nie zawsze jednak to, co się czuje, zachęca do podjęcia decyzji, zwłaszcza w przypływie bólu, paniki albo lęku przed ryzykiem. Człowiek ma tendencję, by mroczne przeczucia wypierać, a pozytywnym nie dowierzać.

Intelekt z kolei działa w imię pewnego modelu „dobra”. Tworzą go zasady moralne, wiedza, rozsądek lub praktyczność. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie ogólność i powierzchowność tzw. mądrości zbiorowej.

Los każdego człowieka wiedzie przecież indywidualnym szlakiem.

Tak, jak nie ma jednej miary butów i ubrań dla wszystkich, tak też nie ma uniwersalnej metody rozwiązywania problemów – chyba, że za taki wszechstronny środek duchowej pomocy uznamy… modlitwę.

Przyznaję od razu, że na moje rozumienie modlitwy mocno wpłynęło francuskie i włoskie znaczenie tego słowa. W tych bowiem językach modlitwa to „prière” (fr.) i „preghiera” (wł.), czyli po polsku „prośba”.

Właśnie ten ciepły i na wskroś człowieczy sens modlitwy jako „prośby” zbliżył mnie stopniowo do samego rytuału.

Modląc się, staję przed Bogiem jako istota niedoskonała, zagubiona i pokorna, która jawnie przyznaje się do potrzeby więzi, opieki i pomocy. Proszę o przyjęcie mego zaufania, ale także uwielbienia i szacunku.

Przyznaję także, że nigdy bardziej nie czuję swojego dziecięctwa tak silnie, jak podczas modlitwy. Jako dziecko mam prawo nie wiedzieć, nie ogarniać, nie mieć pomysłu, za to mogę wtulić się i powierzyć objęciom kochającego Rodzica.

Dlatego mechaniczne odmawianie pacierzy zamiast zwykłej rozmowy z Bogiem przez długi czas wydawało mi się nieporozumieniem, a nawet urągało autentyczności spotkania. Po latach praktykowania różnych metod pracy duchowej widzę to dziś inaczej.

Obecnie rytualne i bezrefleksyjne powtarzanie różańca, litanii i wszelkich innych kanonicznych modlitw stanowi dla mnie etap przygotowania do faktycznego kontaktu z Bogiem. Mechaniczne, ale pobożne słowa działają bowiem transowo i oczyszczają od zgiełku, myśli, problemów i działań. Wielokrotne recytowanie Bożych Imion „odkurza” mózg i przygotowuje cichą, czystą przestrzeń, w której człowiek może przemówić własnym głosem we własnej sprawie.

Kiedy następuje modlitewna gotowość, nie tylko język, ale serce i ciało łączą się we wspólny ton modlitwy. Recytacje mieszają się z osobistymi słowami, a całość wylewa poza ramy wytyczone przez rytuał. Myśli, łzy i obrazy wtórują prośbom i błaganiom. Ciało drży, klęka, chodzi, siada, kuli się lub macha rękami.

Wolę być wtedy sama niż z innymi, bo, jak zauważa Rudolf Otto, ślad egzaltacji występuje w „każdym” prawdziwym uczuciu religijnej szczęśliwości, również i tam, gdzie występuje ona w nadmiarze i gdzie jest górą (→ R.Otto: Świętość. Przeł. Bogdan Kupis, Thesaurus Press, Wrocław, 1993, s.64).

Doświadczenie własne

Dla przykładu opowiem moje odmawianie różańca w określonej intencji.
Kiedyś był to dla mnie najnudniejszy rytuał modlitewny, którego unikałam, jak tylko mogłam. (Trudno mi było nawet pojąć, dlaczego Matka Boska Fatimska kazała trójce małych wizjonerów odmawiać go tak często.)

Dzisiaj już wiem, że uniwersalny rytuał różańcowy może przeistoczyć się w osobistą opowieść o więzi człowieka z Bogiem, w którym zaznaczone są etapy procesu, jakie ten święty związek uruchamia.

Zaczęłam więc przekształcać różaniec w takie osobiste spotkanie z Bogiem.
Nie wszystkie stany uczuć i reakcji potrafię tu opisać, ale postaram się choćby z grubsza pokazać przebieg  takiej indywidualizacji modlitwy.

Już przy pierwszej części Tajemnic Radosnych pozwalam moim skojarzeniom łączyć się spontanicznie ze znanymi na pamięć słowami i biblijnymi obrazami.

Wygląda to mniej więcej tak:

1) „Zwiastowanie” – W obraz przybycia Archanioła Gabriela do Matki Bożej wpisuje się wizerunek mojej osoby przedstawiającej określoną prośbę Bogu;
2) „Nawiedzenie” – Spotkanie dwóch Świętych Matek pokazuje mi, jak ja przybywam do Boga i jestem przez Niego serdecznie witana. Intencja, w jakiej przyszłam, przestaje mi ciążyć, bo spływa na nią błogosławieństwo Obecności Bożej, która jest równocześnie zapowiedzią spełnienia;
3) „Boże Narodzenie” – Dziecię Jezus przychodzące na świat symbolizuje owoc mojej prośby i materializację pomocy zesłanej przez Boga na ziemię, czyli do mnie;
4) „Ofiarowanie Jezusa” – Rodzice powierzający Stwórcy nowonarodzonego Synka wyobrażają mnie w chwili, gdy przyjmuję uproszoną pomoc, dziękuję za nią gorąco i wprowadzam w życie;
5) „Znalezienie Jezusa w świątyni” – Rodzice odnajdujący Boże Dziecko w świętym miejscu przedstawiają moją pewność, że tylko dzięki poszukaniu i wezwaniu Bożej pomocy, otrzymałam ją w formie najdoskonalszej z możliwych, najlepiej dopasowanej do moich warunków i mojej gotowości przyjęcia. Stało się tak dlatego, że tylko Bóg potrafi spełniać prośby idealnie na miarę proszącego.

Dzięki indywidualizacji różańca, ten kurczowo ściskany sznurek koralików zmienia się w koło ratunkowe rzucone człowiekowi przez Matkę Bożą, zaś w połączeniu z daną sytuacją, nabiera cech rzeczywistości i zdolności ucieleśnienia.

Nie ma modlitwy ani rytuału, którego nie da się zaktualizować i włączyć w bieżące wydarzenia z ludzkiego życia. W modlitwie czas liturgiczny i historyczny przenikają się wzajemnie i łączą w jedno wspólne pole.

To właśnie wtedy i tam dokonują się mniejsze czy większe cuda, a człowiek przekracza sam siebie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s