A KIEDY NIC NIE DZIAŁA?

W poprzednich wpisach podaję rozmaite sposoby na radzenie sobie w trudnych czy wręcz dramatycznych sytuacjach.

Robię to z pełnym przekonaniem, ponieważ bardzo współczuję wszystkim, których przygniata ciężar życiowych problemów i nic nie zapowiada poprawy.

Może być tak, że dziecko nadal choruje, partner odszedł do kogoś innego, mąż pije na umór, za kolejną pracę nie da się wyżyć, zdrowie marnieje, w mieszkaniu ciasno i grzyb, a na nowe brak środków, rodzina wymyśla roszczenia i kłótnie, a za dawnego kolegę trzeba przez lata spłacać kredyt.

To tylko niektóre przykłady życia, które niszczy nie tylko przez chwilę, lecz niemal codziennie i bez końca.

Rad na poprawę życiowych okoliczności jest naprawdę sporo, zarówno tych praktycznych, specjalistycznych, jak i duchowych. Podaję je również sama w innych miejscach bloga, bo wielokrotnie dzięki ich pomocy moje własne życie zmieniało się nie do poznania.

A jednak dobrze pamiętam okresy kompletnego impasu, kiedy nic nie działało, nic nie przynosiło zmiany, a sił ubywało… Czułam się tak, jakby ktoś zgasił światło i zatrzasnął drzwi…

Co wtedy robić? Jak żyć na pobojowisku?

Boża odpowiedź brzmi niemal jak wyrok: Akceptacja, tylko akceptacja. (→ N.D.Walsch: Przyjaźń z Bogiem. Przeł. Sławomir Studniarz, Limbus, Bydgoszcz, 2000, s.349):

Akceptacja czegoś nie oznacza zgody na to. To po prostu przyjęcie tego bez względu na to, czy się z tym zgadzasz czy nie.

Z przyczyn dla nas niewiadomych pewne sytuacje trwają jak zaklęte w kamień i nic nie przynosi ulgi ani poprawy.

Można oczywiście próbować coś zmienić, modlić się, wołać, szukać pomocy i środków zaradczych, ale bez żadnej gwarancji wyniku.

I ten sam głos Boga w innej książce (→ Rozmowy z Bogiem, T.II. Przeł. Sławomir Studniarz, Limbus, Bydgoszcz, 1999, s.208) radzi Walschowi, a więc i nam wszystkim, jedyną sensowną postawę w rozpaczliwej sytuacji, postawę, która – jak zawsze w duchowych rozterkach – jest paradoksalna i denerwująca:

Bądź bez potrzeb! Pragnij wszystkiego! Bierz to, co przychodzi!

I kiedy czytam te Boże słowa, a teraz cytuję je innym, wraca do mnie pewna scena z filmu Miloša Formana, pt.: „Lot nad kukułczym gniazdem”, kiedy bohater McMurphy próbuje wyrwać umywalkę i rozwalić nią kraty, lecz nie daje rady. Jest za słaby. Próba jednak nie idzie na marne, bo po śmierci przyjaciela tę samą umywalkę wyszarpuje z podłogi współwięzień Indianin. Rzuca nią prosto w kraty, rozbija szyby, rozwiera pręty i wychodzi na wolność.

I niech ten filmowy obrazek trwa w naszej pamięci błyskiem nadziei, że może nasz jeden, choćby i nieudany krok komuś innemu wskaże drogę.

Jedna myśl w temacie “A KIEDY NIC NIE DZIAŁA?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s