POCHWAŁA SAMOREALIZACJI

Każdy z nas – świadomie lub nie – wyraża siebie w formie możliwej na danym etapie świadomości i w już odkrytych aspektach. Im wyższa jest świadomość własnego potencjału, tym pełniej przebiega samorealizacja.

Z punktu widzenia konkretyzacji procesu, postępuje on zawsze trójstopniowo: myśl – słowo – czyn.

Współpraca tych trzech planów funkcjonowania zapewnia porządek i skuteczność w życiu, przynosząc pomyślne rezultaty.

I odwrotnie, inaczej myśląc, inaczej mówiąc i jeszcze inaczej działając, tworzy się zamęt tyleż w sobie, co na zewnątrz, a efekty okazują się również niespójne i fragmentaryczne. Energia, emitowana przez takie osoby, jest niejednorodna i niesie podświadomą informacją o ich rozchwianiu.

Satysfakcja z własnego losu rośnie wprost proporcjonalnie do stanu harmonii między “myślą, słowem i uczynkiem”. Co trzy siły to nie jedna, zwłaszcza, gdy podążają w tym samym kierunku!

Świadomość osobistych możliwości i zdolności, nie tylko rozpoznanych, ale jednocześnie zmaterializowanych, jest tak potężną bazą obfitości, że naturalnie przechodzi w stan dzielenia się z innymi i osobistego rozkwitu.

Nie ma wtedy ani miejsca ani powodu, by czuć się okradanym lub nadużywanym. Poczucie indywidualnego dobrostanu płynie z urzeczywistnienia własnego potencjału, przyniesionego na świat.

Reguła jest prosta:

Jakakolwiek forma bogactwa (w głowie, w sercu i w materii) umożliwia dzielenie się nim bez lęku o dalszą obfitość.

Ubóstwo (w głowie, w sercu i w materii) nie ma natomiast nic do zaoferowania poza… pretensjami, strachem i ciągłym poczuciem braku.

Na pytanie o źródła zablokowania potencjału osobowego odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna. Uzależnia ją określona sytuacja poszczególnych ludzi.

Wiadomo już dzisiaj, że wewnętrznych hamulców trzeba zawsze szukać w podświadomości. Tam, poza racjonalnością i rozsądkiem, znajdują się pierwsze i zawsze bardzo silne kajdany nałożone na naszą inicjatywność i życiowy rozmach.

Słabość życiowa rodziny, bierne środowisko, despotyczna dyscyplina, idealizacja ubóstwa bywają najczęstszymi przyczynami spętania dziecięcych możliwości i wywołania lęku przed samorealizacją. Wzorce społeczne i ideologie domowe najpierw tworzą, a potem utrwalają stan niemocy. Czynią to naprawdę dosyć skutecznie, sądząc po skromnej ilości ludzi, którzy manifestują pełnię życia.

Każda sytuacja, w którą wchodzi dziecko, zawiera w sobie elementy nowe i nieznane, mogące stać się zalążkiem niepowodzenia, jakkolwiek tylko drogą prób i błędów może nauczyć się także odnosić sukcesy. Tymczasem zniechęcanie, wyśmiewanie czy zakazy przekazywane dzieciom i młodzieży, powtarzane przy kolejnych ich pomysłach i decyzjach, podcinają wolę jeszcze zanim ruszą w swoją podróż.

Doświadczenie niemocy pustoszy najpierw częściowo, ale z czasem może objąć całą sferę umysłu, inicjatywności oraz, co dodatkowo bolesne, również ciała, które zaczyna chorować i słabnąć.

Powstrzymywanie aktywności budzi ponadto wątpliwość co do sensu własnych pomysłów: po co mieć idee, projekty czy pragnienia, skoro nie wolno ich wprowadzać w czyn?

Tak kaleczona pomysłowość obumiera stopniowo, ustępując miejsca grze w bezwolność, apatię czy depresję albo w gniew za poniesione straty i odebranie szans.

Z chwilą zablokowania naszej drogi twórczej, niszczymy lub przynajmniej komplikujemy także drogi innych ludzi, najpierw nieświadomie, a potem z premedytacją. Nie daje to jednak wcale poczucia spełnienia, a co najwyżej małostkową przyjemność zadawania bólu, gdy samemu się cierpi.

Niszcząc innych, też przecież wyrażamy siebie tyle tylko, że w małości. Aspekt upadku i destrukcji wyraża „ciemną stronę mocy”. Aż żal się zatrzymać na tak marnej cząstce satysfakcji z życia, gdy możliwa jest jej obfitość.

W człowieku Bóg zawarł siebie, a to oznacza wielość aspektów, form i środków ekspresji. Dlatego ważne jest uruchomienie choćby niektórych z nich, tych szczególnie wyraźnych, i to jeszcze na obecnym etapie życia.

Próbujmy swoich sił na różnorodnych polach możliwości: od pieczenia ciasta, robienia porządków, jazdy samochodem, sadzenia kwiatów, zabawy z psem aż po zdobywanie wiedzy, założenie własnej firmy czy praktyki duchowe.

Osoba, skłócona ze swoją koncepcją życia, zapada się w siebie lub mści na oślep. Jej obraz świata i ludzi staje się coraz bardziej zorientowany na niepowodzenia i nieszczęścia. Jedyne, co jej wtedy zostaje do wyrównania rachunków z ludzkością, to przeszkadzanie, narzekanie, krytyka i destrukcja (oj, znamy to aż za dobrze!).

Dlatego dramat niespełnienia ma wymiar społeczny, a nie tylko indywidualny.

Im wyższy jest procent jednostek urzeczywistnionych w danej grupie, tym bardziej jest ona twórcza, tym więcej dobrego w niej się dzieje i tym pojemniejsze są tam przestrzenie rozwoju.

Alexander Sutherland Neill, kontrowersyjny pedagog ze Szkocji i założyciel szkoły dla “trudnych” dzieci w Summerhill, (→ Nowa Summerhill. Przeł. Maria Duch, Zysk&S-ka, Poznań, 1994, s.91) pisze otwarcie: „Obecnie rozumiemy, że w dziecku nie ma nic statycznego; ma naturę ze wszech miar dynamiczną. Swe pragnienia chce wyrażać w działaniu.”

Póki jeszcze czas pozwólmy więc przemówić wewnętrznemu dziecku, które nieustannie płacze na dnie naszej duszy, by jego pomysły na życie mogły przynajmniej zostać nazwane, wydobyte na światło i utulone. Zastanówmy się też nad przystawalnością przedwcześnie pogrzebanych idei do aktualnej sytuacji. Może przynajmniej pewne elementy dziecięcej wizji mają szanse stać się faktem? Może uda się ocalić chociaż część misji, przyniesionej na świat, by uczynić go bardziej przyjaznym dla nas samych?

Jeżeli jedna wyhaftowana chusteczka, jedna zasadzona róża, jedna przejażdżka łódką, deptanie kałuż podczas deszczu, spacer na koniu czy szałas w górach może przywrócić nam chwilę dziecięcej prawdy, zrealizujmy to! Jeszcze nie jest za późno!

Czasami nawet niewielki wyłom w murze decyduje o rozwaleniu reszty cegieł.

4 myśli w temacie “POCHWAŁA SAMOREALIZACJI

  1. Dla mnie to bardzo ważny tekst – jak ważna jest spójność między myślą, uczynkiem i mową. I jeszcze ważniejsze – że aby to osiągnąć trzeba przekroczyć ograniczenia zaszczepione w domu. Trzeba odnaleźć życzliwą miłość do siebie. Bo bez tego jak w ogóle znaleźć odwagę, że to co w myśli ma sens i wartość aby to ujawniać światu ? Życzliwe serce wobec siebie to absolutnie podstawa aby móc być spójnym, bez tego niestety pozostają się na poziomie prezentowania światu
    fałszywych masek. pozdrawiam

    Polubienie

  2. p.s i myślę sobie jeszcze że dużo pułapek w odnalezieniu dobrej formy miłości do siebie w tej narcystycznej epoce . Ludzie niby więcej dbają o siebie ale niewiele ma to z życzliwą miłością do siebie, bo miłość do siebie jest też akceptacją siebie w dobrych i słabych stronach bez udawania że jest się super we wszystkim.
    Spodobało mi się ostatnio takie spojrzenie – zdrowe wysiłki skupiają się na kreacji tego co w osobie – że są wyrazem dążenia do spójności tak jak napisałaś – myśli, słów i uczynków. A te niezdrowe wysiłki skupiają się na innych , na tym co sobie pomyślą jak zrobimy lub osiągniemy to lub tamto. ( ciekawe myśli na ten temat znalazłam ostatnio w książce – Dary niedoskonałości,) pozdrawiam . dziękuje Krysiu za wszystkie wpisy, że Ci się chce podzielić swoimi myślami i zamieniasz je w słowa na tym blogu .

    Polubienie

    1. Asiu, bez pozytywnego stosunku do siebie nie sposób uszanować sam fakt powołania do życia, zdecydowany jeszcze przed wcieleniem. Kiedy obrażamy się na samych siebie, to w konsekwencji ograniczamy lub w ogóle odrzucamy potencjał możliwości otrzymany na starcie.
      Na poziomie duchowym każde istnienie ma wartość bezdyskusyjną i serce aż krzyczy, gdy spotyka je obojętność czy pogarda. I masz absolutną rację, że na pełnię osoby składają się cechy zarówno podziwiane, jak i te ciemniejsze, zranione czy niedoskonałe.
      Wielość aspektów każdego człowieka tworzy oczywisty światłocień.
      Otoczmy zatem całe swoje życie ciepłem i szacunkiem! Tylko w ten sposób uruchomimy proces samorealizacji.
      A kiedy trudno nam zaakceptować siebie i trudno siebie polubić, to przynajmniej żyjmy godnie, bo przyzwoitość nie wymaga sympatii do własnej osoby.
      Oznacza za to świadomość określonego miejsca w kręgu życia. Róbmy swoje, a może nadejdzie kiedyś odrobina życzliwości dla swego życia?

      Polubienie

  3. bardzo wierzę w to , że własnie odzyskanie tej życzliwości to najbardziej leczący czynnik w psychoterapii . pozdrawiam

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.