CZARNY GALOP

To się zaczęło się przed świtem… Mdły smak w gardle, łopotanie serca i czarny tętent w głowie, narastający od prawej strony czoła. Migrena!

Pokój ciemny, nadal zamglony sennością, ale doznania z każdą chwilą bardziej nieznośne. Migrena!

Najpierw pojawiła się myśl o aspirynie czy jakimś innym proszku od bólu głowy: szybko, jak najszybciej, chociaż znałam aż za dobrze rozwój wypadków w podobnych okolicznościach. Organizm niczego już nie przyjmował.

Nałożenie okładu z zimnej wody i octu wymagało opuszczenia łóżka i zaryzykowania kilku ruchów mimo zawrotów głowy i coraz silniejszych mdłości.

No i wtedy na leżąco podjęłam decyzję, by – niezależnie od podłej formy – zastosować strategię Jeszuy.

(Pisałam już o niej wcześniej w tekście: „Jeszua mówi o zdrowiu i chorobie”.)

W pokoju ciągle nie było światła, co pomagało w skupieniu uwagi. Tętent mustanga w głowie nie tylko nie ustawał, lecz wzmagał się z każdą chwilą. Prawa strona głowy była już całkiem stratowana, lewa jeszcze stawiała opór.

Zgodnie z radą Mistrza spróbowałam najpierw zapanować nad sobą.
Z zaciśniętymi zębami i powiekami wsłuchałam się w konne odgłosy dochodzące z głębi czaszki. Kopyta uderzały rytmicznie i bez litości. A ja, wsłuchana w ten galop, starałam się jakoś przebić do pytania: O co ci chodzi, chorobo? Dlaczego tak dziko atakujesz? Co się znów stało?

Zrobiłam dokładnie to, co radzi Jeszua, czyli zwróciłam się do migreny jak do żywej istoty, ważnej części mojego organizmu, kawałka własnego ciała, które cierpiało.

Postacią, jaką choroba przybrała, był właśnie czarny koń w galopie. Kiedy wyłonił się z wnętrza mego umysłu, powtórzyłam pytanie kilka razy, bo bardzo chciałam się dowiedzieć, dlaczego od lat zapadam na migreny i co je naprawdę wywołuje. Informacje o załamaniu pogody czy nadciśnieniu przestały mi wystarczać. Tłumaczenie migreny stresem też było ogólnikowe.

Ku mojemu zdumieniu mój mustang z wizji przystanął i telepatycznie przesłał odpowiedź (a trudno mi było uwierzyć, że w ogóle nadejdzie).

Odpowiedź brzmiała rozumnie. Nic dziwnego, skoro zawsze uważałam konie za bystre stworzenia. Tę odpowiedź można sformułować przy pomocy zdania: Przybywam, gdy znowu walczysz ze światem.

Proste?!

Nagle stało się jasne, dlaczego właśnie migreną okupowałam te wszystkie stany, w których ogarniała mnie bezsilność i stłumiony gniew, gdy stawałam się znowu mała i bezradna, przytłoczona i otępiała. Ten zestaw reakcji stwarzał napięcie, od którego głowa mi eksplodowała, a tym samym zmuszała do większej uwagi na sobie, niż na świecie.

Po przekazaniu swej opinii, czarny koń stanął do mnie bokiem i spuścił łeb.

Zgodnie z Jeszuańską sugestią zaczęłam traktować go jak prawdziwe zwierzę, chociaż ciągle tkwił tylko w wyobraźni. Zaczęłam głaskać czarną grzywę i łagodny grzbiet, tłumacząc cicho, że postaram się mniej przejmować wydarzeniami publicznymi i opinią o sobie, że będę bardziej wyrozumiała dla własnej osoby, że pozwolę sobie na więcej swobody i na prawo do błędów, śmieszności czy niewiedzy.

Ten dialog trochę trwał, łzy mi płynęły spontanicznie, ręka z konia przeniosła się na moją rzeczywistą głowę i zaczęłam jednocześnie obejmować mentalne zwierzę i siebie samą. Po pewnym czasie poczułam, że ból zelżał. Trudno było uwierzyć… Przypłynęła łagodność…

Na kilka chwil znowu zasnęłam, a ranek powitał mnie już brakiem migreny. Jeszcze trochę sceptyczna wobec cudu normalnego samopoczucia – przynajmniej w tym dniu – napiłam się herbaty i zjadłam biszkopta. Tym razem obyło się się bez tabletek i bez okładu. Czy cuda przybierają formę tak zwyczajną?

To ćwiczenie „na chorobę” zrobiłam na razie tylko kilka razy, lecz nabrałam ochoty na więcej i postanowiłam rozmawiać ze swymi wewnętrznymi „dziećmi mroku” w każdej sytuacji kryzysu (tyleż fizycznego, co psychicznego).

Skoro Jeszua twierdzi, że tylko akceptacja oraz przygarnięcie własnych ciemności jak żywych istot pozwala je oswoić i włączyć pokojowo we własny los, to przecież musi w tym się kryć wielka prawda.

A prawda, jak wiadomo, wyzwala. Dziękuję ci, czarny mustangu! Galopuj na prawdziwe pastwiska, wolny od chorób i przypadłości ludzi!

2 myśli w temacie “CZARNY GALOP

  1. Dobry trop Krysiu. Ja też ostatnio porozmawiałam ze swoją depresją, i choć nadal jest, to przynajmniej wiem, czemu się pojawiła. To brak prawdy, oszustwo, w jakim byłam wychowana, ją stworzył, uruchomił.
    Ta odpowiedź nie była dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo od pewnego czasu szukam prawdy o sobie, o swoim życiu, ale mimo to było to jak zapalenie małej lampki w mrokach moich myśli i uczuć.
    Po naszej rozmowie zrobiło się jakoś jaśniej i lżej.
    Odkrywanie prawdy o sobie jest trudne i bolesne, ale też na swój sposób fascynujące.

    Polubienie

    1. Beatko,
      Masz absolutnie rację, że „odkrywanie prawdy o sobie jest trudne i bolesne”, lecz bez dojścia do tej prawdy rozwój okazuje się wątpliwy. Nie da się budować siebie na iluzjach i oszustwie. Kiedy fundamenty są kruche i chwiejne, żadne schronienie nie daje bezpieczeństwa. Ból prawdy zawiera w sobie jednocześnie zalążek odnowy i szansę na rekonstrukcję siebie.
      Tego życzę Tobie, sobie i każdemu, kto jest gotowy na autentyzm swego życia.
      Pozdrawiam najserdeczniej.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s