MIŁOŚĆ A TERYTORIALIZM

Ktokolwiek kochał czy kocha, wie, że ten stan wyzwala niezwykły splot uczuć i możliwości… przy jednoczesnej bezradności wobec wybranej osoby i utraty dotychczasowych pewników.

Wybuch ekstremalnych emocji unosi ponad zwyczajność, a także daje pragnienie bliskości, oddania i dokonywania szalonych wyczynów.

Prędzej czy później jednak miłość stawia partnerów wobec problemu modyfikacji granic własnego świata na rzecz nowego gościa czy nawet współ-gospodarza.

I właśnie owo spotkanie, przenikanie czy rozszczelnienie granic okazuje się bardzo kłopotliwe w budowaniu związku, o czym przekonało się i przekonuje codziennie całe mnóstwo zakochanych par.

Oddając siebie wraz z dobrodziejstwem inwentarza, łudzimy się z radością, że wspólne noce i dni przebiegną w atmosferze uniesienia, wzajemnych ustępstw i szlachetności gestów.

Tymczasem nasza natura jaskiniowa, zaborcza i terytorialna węszy zagrożenie i ostrzega przed „najeźdźcą”. Ktoś „obcy” wchodzi na nasz teren, używa naszych sprzętów, otwiera nasze szafki, przegląda szuflady i półki… I panoszy się, czuje jak u siebie coraz bardziej!

Jak to znieść? Jak to polubić? Jak się z tym poczuć normalnie? Jak wyrzec się prawa własności?

Bliskość i obecność umiłowanego człowieka z jednej strony zachwyca, cieszy i pobudza, ale z drugiej paraliżuje, a nieraz onieśmiela.

Nagle zaczynają się problemy, wcześniej nie podejrzewane, o drobiazgi typu szklanka w innym niż zwykle miejscu, talerz z resztkami obiadu rzucony do zlewu, pozostawione w kącie skarpety lub rajstopy, komedia w tv zamiast filmu sensacyjnego… i oto niepostrzeżenie zaczyna nas drażnić ciągła obecność ‘intruza’ w naszej własnej przestrzeni.

Pojawia się wrażenie, że tracimy nie tylko prywatność zewnętrzną. Tracimy coś ważniejszego – swobodę bycia sobą, która oznacza prawo do własnych poglądów, mody, muzycznych hitów, dziwactw, śmiesznostek, kawy z fusami, znoszonych dżinsów i wytartych kapci…

Wydaje nam się, że wraz z towarzystwem osoby kochanej opuściła nas naturalność i prywatność. Chcemy być lepszymi niż zwykle, mieć świąteczny porządek w domu i wygląd bardziej wytworny. Wielu zakochanych we wspólnej przestrzeni zaczyna się kontrolować w gestach, słowach, ubraniu, jedzeniu i sprzątaniu. Pojawia się niepokój, że partner może krytykować, wyśmiewać lub odrzucić to, co my sami lubimy. Może też (co szczególnie przykre) wprowadzić swoje zmiany tam, gdzie toczy się nasza prywatność.

A przecież kochamy tę Najważniejszą Istotą na całym świecie. Dzięki niej doznaliśmy olśnienia, przemiany, szczęścia bycia RAZEM z drugim człowiekiem.

Właśnie tak, chociaż myśleliśmy, że bycie razem będzie wyłącznie ”na dobre”, a „na złe” tylko teoretycznie.
Tymczasem nagle wypada nam stwierdzić, że tego gorszego jest więcej niż dobrego, ilość wzajemnych oczekiwań mnoży się, uwiera, męczy, a odmienności i zaskoczenia zdarzają się częściej niż zachwyt we dwoje.

Kiedy wyobrażenia i rzeczywistość nie przystają do siebie, a raczej rozchodzą w wielu punktach, pojawia się pierwsza, druga, kolejna myśl o pomyłce czy rozstaniu.

Bardzo często trudności życia w miłosnym związku są ściśle połączone z naszym terytorializmem, który oznacza postawę człowieka wobec przestrzeni zewnętrznej i wewnętrznej, uznanych za własne.

W epoce jaskiniowej zajęcie przez kogoś groty lub jakiegoś miejsca w przestrzeni na czas postoju stawało się jego terytorium. Wzięcie w posiadanie kawałka ziemi dawało prawo do korzystania z niego przez osadnika i jego rodzinę oraz do obrony przed przybyszami z innych obszarów. Terytorium dawało schronienie, bezpieczeństwo i prywatność. Było też punktem odniesienia do budowania stosunków z mieszkańcami innych terytoriów, choćby niewielkich i chwilowych.

To przywiązanie, a wręcz odśrodkowa potrzeba własnego terytorium, ciągle tkwi w naszej instynktowej sferze osobowości. Wystarczy zauważyć, jak naturalnie omijamy puste miejsce w środkach komunikacji lub w lokalach pożytku publicznego, jeśli ktoś przed nami „zajął” je symbolicznie za pomocą pozostawienia tam własnego przedmiotu.

W chwili wspólnego zamieszkania zakochana para zostaje postawiona przed koniecznością podzielenia się choćby częścią swego terytorium z partnerem.

Nie chodzi przy tym tylko o przestrzeń fizyczną, czyli pokoje, łazienkę, kuchnię, meble, przedmioty codzienne. W tej dziedzinie jeszcze jakoś można wynegocjować wzajemne ustępstwa. Materia daje się przemieszczać i poddaje zmianom.

W grze dwojga partnerów biorą jednak udział również inne terytoria, bardziej subtelne i wrażliwe na naruszanie. Chodzi o rytmy dnia i nocy, zajęcia domowe i zawodowe, przyzwyczajenia, poglądy, potrzeby estetyczne, tradycje rodzinne, wizyty gości, przyjaźnie, lektury, ambicje, marzenia, zainteresowania, cele. W tych obszarach – istotnych, bo związanych z nami organicznie – paktowanie wymaga delikatności, tolerancji i wielkiej dozy zrozumienia. Ustępstwa przychodzą tu z oporem, a łatwo zmieniają się w poczucie ograbienia, pretensje, przymus rezygnacji i żale.

Tymczasem pozostaje faktem, że zdolność i gotowość do spontanicznej adaptacji własnego terytorium na rzecz partnera jest wyznacznikiem szczęśliwego związku.

Jeśli ten proces przebiega naturalnie, z poczuciem wzbogacenia dotychczasowego stanu posiadania o dary i potencjał drugiej osoby, to związek ma się doskonale i ewoluuje zgodnie z nową rzeczywistością.

Jeśli jednak oznacza on ból zagrabienia, pomniejszenia albo redukcji przestrzeni jednego z partnerów w interesie drugiego, to taki związek już u swych źródeł kryje zalążki rozpadu.

Tylko związek, który równomiernie powiększa i rozwija przestrzenie obojga zakochanych, rokuje pozytywnie i gwarantuje uczuciową stabilność.

I gorąco życzę, by każdy człowiek doświadczył go choćby raz w życiu, bo wtedy zrozumie sens miłości i wartość współistnienia.

2 myśli w temacie “MIŁOŚĆ A TERYTORIALIZM

  1. Bardzo prawdziwy, sympatyczny, empatyczny i miejscami bardzo dowcipny tekst (zwłaszcza tam, gdzie rozpoznawałem swoje doświadczenia puszenia piórek i udawania lub irytacji, że coś nie jest tak, jak przecież być powinno 🙂 I zgoda, zdecydowanie trudniej dzielić terytorium wnętrza niż zewnętrzną rzeczywistość. Choć stan mieszkania tuż przed wizytą teściowej, też potrafi mieć swoją wagę 🙂

    Polubienie

    1. Tak, wszelkie odwiedziny – zwłaszcza rodziców partnerów – to wielka mobilizacja.
      Popłoch, jaki ogarnia wtedy mieszkańców wizytowanego terytorium, przypomina alarm w wojsku.
      A mówiąc poważniej, granice każdej osoby są w ciągłym ruchu, bo naruszają je różne osoby i na różnym etapie znajomości.
      Szczególny problem stanowią granice zbyt szeroko lub za szybko otwarte, które nie dają się domknąć, a goście przestają być mile widziani.
      I znowu dotyczy to w równym stopniu granic zewnętrznych, jak i wewnętrznych.
      Jaskiniowa natura ciągle walczy o swoje.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s