O SAMOTNOŚCI

Uczucie osamotnienia ogarnia człowieka w wielu momentach, niezależnie od wieku, zajęć lub otoczenia. Jest to przecież pierwsze społeczne przeżycie, gdy nagle jako niemowlę zostaje się odłączonym od matki i zalane obcością ze wszystkich stron. Obcy ludzie, obce miejsce, obce zapachy, obce ręce, obce dźwięki, obce obrazy… A w natłoku nowych doznań ono – ludzka kruszyna doświadczająca totalnej bezradności, zdolna zaledwie kwilić.

Pierwotne odczucie samotności powraca w późniejszym życiu wielokrotnie. Przedszkolak sam siedzi koło szafki z ubrankami i kręci w zakłopotaniu guzik od kurtki, bo boi się powiedzieć, że nie ma pantofli. Spóźniona uczennica ucieka do pustej ławki i wyciąga pośpiesznie zeszyt, udając, że czyta, żeby nikt jej nie zaczepiał. Maturzysta chodzi po korytarzu tam i z powrotem, mechanicznie powtarzając wzory i odsuwając moment samotnego wejścia na egzamin. Urzędnik pije trzecią kawę z automatu i miętosi papierosa przed rozmową sam na sam w gabinecie szefa. Chłopak popija sok ze wzrokiem utkwionym w drzwiach baru, czekając już drugą godzinę na obiecane spotkanie. Stara kobieta przez cały ranek nasłuchuje dzwonka u drzwi, by nie przegapić listonosza.

Te pospolite sytuacje, przeżywane w poczuciu izolacji i obcości, uświadamiają nam, jak bardzo jednostkowy los splata się z innymi, a jednocześnie jak trudno w tej plątaninie rozpoznać własne miejsce.

Niewiara w porozumienie sprawia, że wielu z nas ucieka w samotność na własne żądanie.

Okazuje się to przydatne, gdy trzeba coś przemyśleć, zbadać, stworzyć, wykonać samodzielnie albo podjąć ważną decyzję. W ciszy i zamknięciu łatwiej o koncentrację i swobodną pracę umysłu. Na co dzień jednak mury nie służą wymianie czegokolwiek, ani myśli, ani potrzeb, ani uczuć, ani energii. Człowiek dusi się bez świeżego powietrza, a nadmierne skupienie na sobie i ograniczenie kontaktów personalnych łatwo przeradza się w użalanie i pretensje.

Nie ulega jednak wątpliwości, że samotnicza postawa w znacznym stopniu wynika z właściwości psychicznych. Inaczej, bo z ulgą i spokojem, traktuje samotność człowiek o naturze introwertycznej, zanurzony w sobie, nieśmiały i cichy. Odmiennie reaguje na pustkę ekstrawertyk, towarzyski, dynamiczny, spragniony silnych bodźców i wyzwań.

Na szczęście, oba podstawowe typy ludzi spontanicznie wybierają taki styl życia, w którym lepiej funkcjonują i mają gwarancję wolności na własnych zasadach. Akceptują więc tyle towarzystwa,  ile im potrzeba, a mechanizmów obronnych używają albo do zniechęcenia natrętów, albo w celu przyciągnięcia amatorów inicjatyw grupowych.

Istnieje wszakże stan osamotnienia szczególnie dotkliwy, jakiemu podlega człowiek wskutek bolesnych doznań i przeżyć wstrząsowych. W takich sytuacjach bardzo często celowo stroni się od innych z niechęci do pocieszania, które bardziej zawstydza niż pomaga, a także z niechęci do ujawnienia słabości.

Czy odgradzanie się od ludzi ułatwia przeżycie rozpaczy i przekroczenie kryzysu? Czy przeciwnie, pogłębia te stany i przedłuża podłe samopoczucie? Bywa i tak, i tak. Jedna osoba potrafi wykrzyczeć się i wypłakać przed ludźmi, ale ktoś inny natychmiast blokuje się wobec świadków i szuka samotnego kąta do poradzenia sobie z bólem.

W okresie fascynacji życiem konsekrowanym nurtował mnie problem samotności innego rodzaju – tej, która wynika ze świadomego wyboru.

Najczęściej decydują się na odosobnienie osoby o powołaniu zakonnym, pustelnicy, szamani, zielarki, astrolodzy, ale także artyści, filozofowie, naukowcy. Ci specyficzni indywidualiści wiedzą lub przeczuwają, że samotność stanowi idealny warunek rozwoju i doskonalenia się w obranej dziedzinie umysłu, talentu i ducha. Poczucie nie-przynależności do powszechnych struktur i norm pozwala im na odrębną drogę. Mogą po swojemu wykorzystywać czas oraz miejsca pobytu. Mają też prawo sami ustalać sposoby życia i organizacji czasu, raportując co najwyżej wyniki swych działań zwierzchnikom (jeśli takowi istnieją).

Własne świadectwo

W poszukiwaniu odpowiedzi na sens samotności świadomej, zaryzykowałam i ja dwumiesięczny okres odcięcia się od normalnego życia i poddania wewnętrznemu sterowi zarządzania. Wykorzystałam do tego bezpłatny urlop (bo, jak wiadomo, osobom pracującym niełatwo o luksus dłuższej przerwy w obowiązkach). Znalazłam się w niewielkiej samotni daleko od kraju, bo w okolicach Padwy. Nie miałam przewodnika duchowego, jak na rekolekcjach. Pojechałam tam indywidualnie, godząc się na pełną odpowiedzialność za pobyt.

Pokój był mały, wyposażony w minimum sprzętów, ale z prysznicem, toaletą, ogrzewaniem i kuchenką gazową. Sama przyrządzałam posiłki z zapasów, spałam do woli i chodziłam po okolicy, mało uczęszczanymi dróżkami. Robiłam sobie także wycieczki do niedalekiej kaplicy św. Antoniego.

Przez pierwsze dni doznawałam na przemian ekscytacji i rozdrażnienia, wyczekiwania na „coś” i chaosu, ale  spadek formy dopadł mnie dość szybko. Dobrowolna izolacja wydała mi się coraz większą pomyłką. Jeszcze tkwiłam w zamęcie świata i jazgotu. Nie było radia, gazet ani telewizora, a komputer i telefon zostały w domu. Do mycia miałam przeważnie zimną wodę, chociaż trwało przedwiośnie lutowo-marcowe. W pokoju ciepło też było ściśle racjonowane. Wielogodzinne gapienie się w tapetę nie przynosiło  żadnych uniesień, a dłuższe wylegiwanie przerwałam sama ze złością. Puste zeszyty i dwie książki przywiezione na wypadek przygotowania publikacji leżały ciągle w torbie.

W weekend pierwszego tygodnia nastąpił jakiś przełom. Poczucie pustki zaczęło słabnąć. Słuch wyraźniej reagował na odgłosy natury, a wzrok dostrzegał wzory na dróżkach, kształty kamieni i drzew. Mówiłam do siebie już bez skrępowania. Modliłam się też częściej, chociaż wciąż mechanicznie.

Po prostu „byłam”.

Godzin nie chciałam rejestrować, chociaż machinalnie spoglądałam na zegarek. Czas wydawał się nieruchomy. W kolejnych dniach spowolniłam bezwiednie wszystkie czynności i wydłużyłam spacery. W już otwartym zeszycie zapisywałam na chybił trafił słowa, zdania, a nawet coś na kształt wierszy.

Drugi i trzeci tydzień zaczęły nabierać rytmu, innego niż w zwykłym życiu. Coraz dokładniej obserwowałam zawartość i granice każdego działania. Wszystko stawało się rytuałem. Już bez wysiłku zamieniałam myślenie w doznawanie. Smarowanie chleba stawało się przygodą, a parzenie herbaty ceremonią.

Przyniosłam kilka gałęzi i zaczęłam przycinać je nożem, odkrywając dziecięcą radość zabawy. W głowie pojawiły się melodie. Kolejne kartki zapisywały się łatwiej. Samotność nabrała smaku.

Koniec pierwszego miesiąca sypnął obfitością pomysłów, jakby otworzył się we mnie kanał kreatywności. Dalej formowałam korzenie, stawiałam konstrukcje z kamieni, składałam papierowe wachlarze, a przede wszystkim pisałam.

Po kilku tygodniach wzmocniło się we mnie odczuwanie Obecności Boga. Kiedyś miałam nawet wrażenie, że przestrzeń przytula mnie niewidzialnymi ramionami. Ciepło ogarnęło cały pokój niemal fizycznie. Modlitwy i duchowe monologi przyjęły osobisty ton. Rozmawiałam z Najwyższym po swojemu, w kaplicy i pokoju, o różnych porach dnia i wieczorem. Elementy otoczenia, przedmioty, czynności, wrażenia, zapiski wydawały mi się odświętne. Najprostsza rzecz odsłaniała swój czar. Niektóre doznania uruchamiały chęć ruchu, tańca albo biegania. Zrozumiałam ideę biegu transowego, jakkolwiek nigdy go nie praktykowałam.

Pewnego ranka zaczęłam pisać esej bez zaglądania do opracowań. Myśli składały się jak zębatki. Kiedy porównałam notatki z wiedzą książkową, ich treść okazała się trafna. Umysł działał znakomicie, o wiele sprawniej niż przed przyjazdem. Ciało, lżejsze o kilka kilogramów, dodawało myślom jasności i precyzji, jakby nagle odzyskały swoje źródło.

Koniec drugiego miesiąca oznaczał powrót do rzeczywistości – o wiele smutniejszej niż pobyt w samotni. Świat wprawdzie wchłonął mnie szybko i bez ceregieli, ale już nigdy do końca. Wciąż pamiętam święty czas bycia dla bycia, intensywność Bożej Opieki, bliskość natury i nagłe porywy twórcze.

Brak ludzi okazał się szansą do pogadania ze sobą samą na tematy dawno zapuszczone. I błogosławię tę możliwość pobycia w takiej wewnętrznej szczerości, choćby tylko przez dwa miesiące. Odkryłam i przeżyłam swój  największy lęk, jakim jest poczucie zbędności, lecz doceniłam jednocześnie swój silny punkt, którym wciąż okazuje się zaradność.

Nigdy nie zaznałam równie mocnej więzi z własną istotą i bezwarunkowej zgody na siebie, jak podczas dni spędzonych z dala od zgiełku, w skromnych okolicznościach. Zrozumiałam wtedy, jak wiele znaczy akceptacja własnego życia bez oczekiwań. Ludzie przybywają do nas, pomieszkują, kochają, pomagają, ale mają też prawo odejść i nie życzyć sobie naszej bliskości.

W rzeczywistości każdy ma na zawsze tylko siebie – w pogodę i niepogodę, w świątek i piątek, po prostu.

Samotność znaczy niejedno i niejedno daje… Jest ofertą i wyrokiem. Otwiera i zamyka. Godzi i demaskuje. Tylko od nas zależy, co z niej weźmiemy, a za co podziękujemy.

Jedno wszakże jest pewne: samotność zasługuje na świadome przeżycie.

2 myśli w temacie “O SAMOTNOŚCI

  1. Jestem bardzo poruszona tym tekstem i tym że podzieliłas się swoim doświadczeniem głębokiego pobycia z sobą ale też Opatrznością. Pozdrawiam

    Polubienie

    1. Asiu, pewne doświadczenia mają wymiar uniwersalny, lecz przeżywane są bardzo indywidualnie.
      Moja opowieść jest wyznaniem tego stanu ducha, który zawsze zasługuje na szacunek, chociaż traktowany może być przez każdego człowieka inaczej.
      Nie sposób przejść życie bez poznania samotności. I dobrze jest zobaczyć w niej sojusznika prawdy, a nie wroga czy przeszkodę.
      Mam nadzieję, że udało mi się być adwokatem słusznej sprawy.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s