FREDDI I MUZYKA, CO PORYWA…

O zespole rockowym Queen słyszałam nieraz i to w różnych tonacjach, a jego solistę Freddiego Mercury kojarzyłam głównie jako skandalistę, choć niezłego muzyka, wokalistę o wielkim głosie i homoseksualną ofiarę AIDS. Ten typ sztuki estradowej nigdy mi jednak nie odpowiadał, więc nie szukałam informacji i nie znałam większości utworów poza tymi, które najczęściej nadawało radio czy telewizja i które wtedy nie budziły mojego zachwytu.

Mimo to i ku swojemu zaskoczeniu bardzo chciałam zobaczyć film: „Bohemian Rhapsody”, poświęcony Freddiemu i jego grupie. To amerykańsko-angielskie dzieło z 2018 roku, w reżyserii Bryana Singera i ze znakomitą rolą główną Ramiego Malek, okazało się dla mnie istnym wstrząsem. Łzy płynęły mi same, a ręce spontanicznie dołączyły do braw, jakimi widzowie nagrodzili ten film po seansie.

Wyszłam z kina nie bardzo wiedząc, dlaczego boli mnie dusza i skąd płynie mój okropny żal. Czułam tylko, że na następną chwilę takiej magii chyba przyjdzie mi długo poczekać.

Nie rozumiałam wprawdzie słów piosenek, ale wystarczyła cała reszta scenicznego szaleństwa Queenu, by mnie porwać i porazić.

Przez cały dzień wracało do mnie jedno zdanie: „Tak działa Piękno i Moc Boga!”

Muzyka rockowa, której dotąd nie lubiłam, ujawniła mi nagle nieznaną potęgę i wpływ na tłumy. Oto scena we władzy jednego człowieka, który przestał się bać własnej prawdy. Śmiałe gesty, chwilami obsceniczne, taneczny, kabaretowy krok, dresowe spodnie i podkoszulek, a to wszystko włączone w głos jak organy i psychodeliczne dźwięki fortepianu, gitary, perkusji. Tym razem hałas rockowej kapeli zawładnął mną do tego stopnia, że wydał mi się najpiękniejszą muzyką nie tylko świata, ale całego nieba.

Jak to możliwe? Dlaczego?

Nie wiem, po prostu nie wiem…

Serce nie tłumaczy się ze swych racji, jak wiadomo. Kocha albo tylko lubi. Tym razem zwariowało i pokochało na zabój! Wszystkie moje nerwy weszły w rezonans z muzyką i postacią Freddiego oraz jego grupy. Czułam niemal fizycznie, jak dawno uśpione „sny o potędze” wyją gdzieś na bezludziu już mniej boleśnie.

I tylko nadal nie mam pojęcia, dlaczego…

Patrząc jednak na zrytmizowane, transowe zachowania tłumów, na ich uniesienie i radość, na śpiew wtórujący Feddiemu, na jedność tych, co grają, z tymi, co słuchają, pożałowałam, że taki rodzaj wspólnoty zdarza się rzadko i wymaga naprawdę Bożych „wybrańców”.

Zrozumiałam też, że dynamiczny potencjał młodości potrzebuje czegoś znacznie większego niż uporządkowane modele przodków. Odwagi do wolności własnych poszukiwań, wyborów i postaw nie da się nauczyć w sposób „grzeczny” i standardowy. Bez uniesień i szaleństwa, bez krzyku i ekspresji ciała, bez ryzyka i przygody trudno opowiedzieć to, co kłębi się w nowych pokoleniach. Bez eksplozji sił witalnych w czasie dorastania nie da się zbudować mądrej dorosłości.

Może z tego powodu wiele „ważnych osób” ciągle nie wie, kim są i bawią się w ponure gry frustratów.

Młodzi ludzie muszą mieć swoich własnych mistrzów i na pewno nie znajdują ich w żadnych urzędach.

Jestem wdzięczna Freddiemu, że mi to uświadomił i pokazał całym sobą. Może stało się to trochę późno, może to lekcja, której nie zdążę nadrobić, ale jednak się odbyła.

Gorąco dziękuję Bogu za Jego „szaleńców”, którzy wnieśli w moje życie (i chyba wielu innych ludzi) niezrównane momenty Piękna i Mocy! Dziękuję!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s